Jesteśmy po siedemnastu latach małżeństwa. Od zawsze to ja prowadzę domowe finanse i to ja gotuję. Mam tygodniowy budżet na zakupy i układam obiady pod to, co akurat jest w promocji.
Przez lata pytałam męża, na co miałby ochotę. Odpowiedź zawsze ta sama: schabowy, boczek, pizza. Czasem mieści się w budżecie, czasem nie, ale większy problem jest inny. Jak przyniosę boczek, to co dalej? Usmażysz całe opakowanie i nazwiesz to obiadem?
Drugi problem: cokolwiek ugotuję, za pierwszym razem mu smakuje, za drugim już nie i nigdy nie wiem dlaczego. Jak podaję wczorajszy obiad, robi minę. Ale mrożone danie z zamrażarki to już nie problem, chociaż to przecież czyjeś odgrzewane resztki. Nie znoszę wyrzucania jedzenia i to mnie wykańcza najbardziej.
W niedzielę odliczyłam połowę tygodniowego budżetu, położyłam gotówkę na stole i powiedziałam, żeby od poniedziałku ogarniał sobie jedzenie sam. Gotowanie jest dla mnie sposobem okazywania, że mi na kimś zależy, i on dobrze o tym wie. Tylko mam już dość bycia obsługą hotelową.
Mówi, że go upokorzyłam i że zachowuję się jak dziecko. Chodzi po domu obrażony trzeci dzień. Dorosły chłop naprawdę nie ogarnie sobie obiadu?