Jesteśmy ze znajomymi we wrześniu nad morzem, dom jakieś pięć minut od plaży. Sezon się skończył, na całym kilometrowym odcinku jest może kilkanaście osób. Rozkładamy leżaki i parasol rano, potem idziemy do domu na obiad i wracamy. Robimy tak od czterech dni.
Dzisiaj wracamy, a na naszych leżakach siedzi rodzina i pije napoje z naszej lodówki turystycznej. Podszedłem i zapytałem, co robią. Najpierw grali zdziwionych, że przecież to stało puste, więc myśleli, że ktoś zostawił. Powiedziałem, że nie zostawił, tylko poszedł na obiad, i poprosiłem, żeby się zbierali. Wtedy skończyło się udawanie i usłyszałem, że jak nie chciałem stracić, to trzeba było pilnować, a jak mi się nie podoba, to mogę dzwonić na policję.
No to zadzwoniłem. Znajomi mówili, żebym odpuścił. Po jakichś trzydziestu minutach przyjechał patrol. Rodzina powiedziała policjantowi, że leżaki są ich, więc pokazałem swoje imię wypisane markerem z tyłu oparcia. Wystarczyłoby mi, żeby po prostu oddali. Ale skłamali funkcjonariuszowi prosto w twarz i skończyło się mandatami.
Teraz patrzą na nas spode łba z balkonu, bo wynajmują dwa domy dalej, a znajomi dalej powtarzają, że zrobiłem aferę o parasol za sto złotych. Dla mnie to nie był parasol, tylko to, że ktoś bierze cudze i mówi „trzeba było pilnować".