Wyszliśmy ósemką na urodziny znajomej. Dojechałem po obiedzie, wziąłem zupę i wodę, wyszło 26 zł.
Przy płaceniu ktoś rzucił, żeby podzielić po równo, czyli po 95 zł od osoby. Powiedziałem, że zapłacę za swoje i dorzucę napiwek. Zrobiła się cisza na jakieś pięć sekund.
Potem na zewnątrz usłyszałem od znajomej, że przy stole się tak nie liczy i że zrobiłem scenę o 70 zł. Mam wrażenie, że połowa stolika ma do mnie żal.
Te 70 zł mnie nie zbawi, tylko nie rozumiem, czemu mam dopłacać do czyjegoś wina.